wtorek, 23 czerwca 2015

KISSFANKA W CZECHACH VOL. 3

Trochę się topornie zabierałam za opisanie trzeciego dnia w Czechach, ale czas najwyższy dokończyć "dzieło".  Tym razem będzie o wiele mniej prasko. Bardziej słonecznie niż poprzedniego dnia. Wyruszyliśmy wreszcie zwiedzać zamki.

 Naszym środkiem komunikacji były Czeskie Koleje (szybkie, wygodne, czyste, jazda nimi to sama przyjemność).

Pewnie zdjęcie w tym miejscu na peronie to standard. Też nie mogłam go sobie odmówić :)


Po około 50 minutach drogi wysiedliśmy w zupełnie innym "świecie". Liczne wzniesienia, zielono, mało zabudowań i... wznoszący się nad miasteczkiem, czekający na nas zamek Karlštejn.





"Mały" spacerek pod górkę (papuga ze zdjęcia pracowała za lokalną atrakcję!) i byliśmy na miejscu. 





Jednak na zwiedzanie przyszło nam trochę poczekać. Zwłaszcza, że to z polskim przewodnikiem (jedyne tego dnia), było dopiero za godzinę. Zapłaciliśmy więc za bilety jak za zboże (200KC, ale raz się żyje!). I co robią spragnieni turyści w upalny dzień? Idą na piwo!  W przyjemnej knajpce z widokiem na zamek godzinka minęła szybko. Ja byłam szczęśliwa, bo ujrzałam pierwszego, od czasu pobytu w Czechach, kota.





Atrakcją była jeżdżąca po torach mała kolejka z piwem na wagoniku. Świetny pomysł i wzbudzał zainteresowanie :)





Odprężeni, nawodnieniu ruszyliśmy zwiedzać. Zamek ładny, ale widać, że jest baaardzo popularny bo wszędzie towarzyszyły nam tłumu turystów. Dla naszych oczu również nie była dostępna najciekawsza część - kaplica w bizantyjskim stylu (tutaj można było wejść przy wcześniejszej rezerwacji i za dodatkową opłatą rzecz jasna).









A skoro był z nami Aleksander Lisowski - nie obyło się oczywiście bez piwnej degustacji na zamku. Oczywiście w Czechach takie "akcje" są jak najbardziej legalne. O tej i pozostałych czeskich degustacjach przeczytacie na jego blogu A BEER PLEASE.



 Jeszcze tylko kilka zdjęć na zamku i czas jechać na kolejny.



A po drodze foto z motorami (jak zwykle)...



...i z kolejnym czarnym koteczkiem (też jak zwykle) :)




Dalszą drogę mieliśmy również pokonać koleją, ale ze względu na remont, jeden z odcinków przejechaliśmy specjalnie podstawionymi autokarami. Miejsce przesiadki aż się prosiło i uwiecznienie na zdjęciu.




Grubo po 16stej dotarliśmy do zamku Křivoklát. Załapaliśmy się na ostatnie tego dnia zwiedzanie (o 17stej) z przewodnikiem, bo innej opcji nie mieliśmy do wyboru. Niestety, z czeskim przewodnikiem, z opowieści którego nie rozumieliśmy ani słowa (chociaż z dogadaniem się w Czechach nie mieliśmy problemów, to jednak wsłuchanie się w szybką czeską mowę nas przerosło).

Zamek piękny, klimatyczny, trochę zaniedbany. Na szczęście tutaj było tylko kilku zwiedzających i nie obijaliśmy się co chwilę o ludzi :)










No i po relaksie na zamku (gdzie również była degustacja), na zielonej stacyjce wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy prosto do Pragi. Prosto, to może za dużo powiedziane, bo znowu był ten sam odcinek pokonany autokarem.



Praga o każdej porze dnia i nocy jest po prostu przepiękna!

Oglądając fotorelacje wielu fanów, którzy jechali na koncert KISS, podziwiałam zdjęcia z HardRock Cafe. My również tam dotarliśmy :)






Kurtka Halforda -nosiłabym :)




No i oczywiście zdjęcie z gitarami Stanleya i Simmonsa :)




...a potem było już całkiem ciemno, latarnie "wyszły na ulicę" a my oczarowani spacerowaliśmy po cudownie oświetlonym rynku.





Oczywiście nie odmówiliśmy sobie również nocnego spaceru po Moście Karola.


No i zmęczeni, ale szczęśliwi, wróciliśmy metrem do hostelu, bo rano czekał nas powrót do domu.
...a takie piwko,jak na zdjęciu, to tylko w Czechach! :)









wtorek, 16 czerwca 2015

KISSFANKA W CZECHACH VOL. 2

Wczoraj relacjonowałam pierwszy dzień w Pradze, dziś czas na drugi.

Tutaj pogoda pokrzyżowała nam plany, bo mieliśmy jechać na zamek Kokorin w miejscowości Melnik. I chociaż deszcz nam niestraszny (nieraz zwiedzaliśmy zamki przy takiej pogodzie), wizja "zdobywania" dzikiego zamku z wodą lejącą się na głowę nie do końca nas przekonała.  Nie skończyło się jednak na chodzeniu po barach i degustowaniu lokalnych specjałów. Po prostu zmieniliśmy trasę. W okrojonym składzie (bo Asia z Grzesiem nie mieli więcej urlopu) ruszyliśmy na dalszy podbój Pragi. Oczywiście "uzbrojeni" w całodobowe bilety na metro, tramwaje i autobusy (polecam - 110 KC to dobra cena za święty spokój - wbrew temu, co się może wydawać, tam naprawdę są kontrole biletów!!!).

Skoro dzień wcześniej zakończyliśmy zwiedzanie na Moście Karola, tym razem wybraliśmy się trochę dalej - na Hradczany.

Zaczynaliśmy od najniższej części zamku...











No i ruszamy w górę. 
Zdjęcie pt. "Trafił swój na swego" :)






Widok na Pragę z Hradczanów - przepiękny! Nawet w taką pochmurną pogodę.






Mamy i słynną zmianę warty :)





No tak, takiego zdjęcia nie mogło zabraknąć:





Z racji, że wycieczkę planował Aleksander Lisowski (i to planowanie genialnie mu wychodziło), jaki był kolejny punkt programu? Oczywiście lokalny browar! :)   Ku naszej radości (i zdziwieniu) można było tam zajechać metrem - na naszej starej mapie jeszcze metro nie sięgało tak daleko.  Tak więc kilka przystanków później wysiedliśmy w zupełnie zwyczajnym, pełnym bloków i odartym z magii miejscu. Jednak już po krótkim "spacerze" widok totalnie się zmienił. Przed mami rozpościerał się park a za nim piękny wiejski pejzaż.









W tym malowniczym miejscu ukryty jest niewielki klasztor, w którym mnisi warzą piwo: Benedict klasterny pivovar sv. Vojtecha. Więcej o tym miejscu oraz mnisich specjałach przeczytacie na  Blogu Aleksandra.

Ostatnie miejsce do odwiedzenia tego dnia również było "podyktowane piwem". Metrem zajechaliśmy do dzielnicy Vysehrad. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy nie wysiedliśmy, jak zawsze, pod ziemną. Tutaj kolej metra znajduje się dokładnie pod widocznym na zdjęciu mostem.




Dlaczego  wspomniane piwo? Bo w tej części miasta mieści się jeden z najbardziej polecanych przez speców piwnych pub - Zły Czas. Obok niego znajduje się sklep z piwami - w Polsce o części z nich można tylko pomarzyć, więc Aleksander był w  swoim żywiole :)

Tutaj podczas wizyty w Złym Czasie (a na stole wyjęte z plecaka zakupy):




Wasze zdrowie! (szkoda, że w Polsce nie ma lanego półciemnego piwa...) :)